Spacer kredowymi korytarzami pod miastem, legenda o Duchu Bieluchu i ciepłe podziemia jako plan na mroźną, zimową sobotę.
Wspomnienia z trasy
Są takie soboty, kiedy plan po prostu się nie klei. Wstajemy późno, za oknem –13 stopni, odczuwalna prawie –19. Mróz szczypie w twarz już przy samym wyjściu z domu i skutecznie odbiera ochotę na długie leśne wędrówki. Szukamy czegoś lekkiego, krótszego, najlepiej pod dachem, ale bez klasycznego muzealnego chodzenia od gabloty do gabloty. I wtedy przypominają nam się kredowe podziemia w Chełmie. Brzmi jak dobry plan B. Na rynku wciąż są świąteczne dekoracje, lampki i choinki, miasto wygląda trochę sennie i zimowo. Zamiast spacerować po starówce, za chwilę zejdziemy kilkanaście metrów pod ziemię.
Zejście
Kupujemy bilety w kasie. Poza sezonem wejścia są tylko kilka razy dziennie, więc na godzinę 14 zbiera się już całkiem spora grupa. Rodziny z dziećmi, kilka par. Czekamy chwilę, aż przewodnik zbierze wszystkich i zacznie opowieść. Trasa ma niecały kilometr długości i maksymalnie 16 metrów głębokości. Na początek dzieci dostają zadanie by za pomocą kołatki w drzwiach obudzić Ducha Bielucha, uderzając po trzy razy. Stuk, stuk, stuk. Trochę zabawy, trochę lokalnej legendy na rozgrzewkę.

Schodzimy w dół po schodach. Z każdym krokiem robi się ciszej i zaskakująco cieplej. Pojawiają się kredowe korytarze z łukowatymi sklepieniami, jasne, chropowate ściany o nieregularnej fakturze.

Część jest surowa, część zalana betonem i wzmocniona, żeby zabezpieczyć szyby i stropy. Pierwsze wrażenie jest bardzo „prawdziwe”, to nie dekoracja, tylko autentyczne wyrobiska.
Powstanie podziemi
Idziemy szybko za grupą. Pod nogami nierówna, miejscami śliska „podłoga”, światło przygaszone, półmrok. Zatrzymujemy się przy czerwonym światełku i słuchamy historii. Początkowo podziemia miały charakter obronny, później zaczęto wydobywać kredę, która była cennym surowcem budowlanym i gospodarczym.

Wszystko zaczęło się od piwnic, z których mieszkańcy kopali kredę na własną rękę. Bez planu, bez nadzoru. Pojedyncze komory łączyły się ze sobą, tworząc coraz bardziej skomplikowany system korytarzy. Szacuje się, że cała sieć może mieć nawet kilkadziesiąt kilometrów. W XIX wieku zaprzestano wydobycia, bo ulice zaczęły się zapadać, a w latach 70. górnicy ze Śląska zabezpieczyli i udostępnili trasę turystyczną. Przewodnik opowiada z pasją i wspomina, że to jedyna taka zabytkowa kopalnia kredy do pisania w Europie. Słucha się tego naprawdę dobrze.
Rycina miasta
Tempo jest dość szybkie. Przewodnik żartuje, żeby „paparazzi się nie zgubili”, czyli my, bo co chwilę zostajemy z tyłu, próbując zrobić zdjęcie faktury ściany albo ciekawym cieniom na ścianach.




Korytarze miejscami robią się trójkątne, gdzieniegdzie pojawia się kolorowe oświetlenie, żółte, niebieskie, zielonkawe. Klimat trochę jak z gry komputerowej.

Zatrzymujemy się przy ścianie z ryciną dawnego miasta, czyli panoramą Chełma sprzed lat. Nie wszystkie budynki przetrwały do dziś. Stojąc pod ziemią, patrzymy na miasto, które dokładnie nad nami toczy swoje codzienne życie. Fajne, trochę surrealistyczne uczucie. Przewodnik opowiada między innymi o Kościele Rozesłania św. Apostołów.
Duch Bieluch
Idziemy dalej, miejscami trzeba uważać na głowę, bo strop robi się niższy. Wchodzimy do komory ducha. Przewodnik zachęca by pomyśleć życzenie trzymając się kredowej ściany. Następnie światło gaśnie i zapada całkowita ciemność. Widać inscenizację Bielucha, który opowiada swoją historię, trochę straszy, trochę żartuje. Tu nie wolno robić zdjęć ani nagrywać. I dobrze. To jeden z tych momentów, które lepiej po prostu przeżyć.

Gdy światło wraca, widzimy surową, kredową salę pełną wgłębień i nierówności. Faktura ścian robi ogromne wrażenie, jakbyśmy stali w środku wydrążonej skały.

Efekt jest wzmocniony tym, że kilka minut w absolutnej ciemności.
Wystawa historyczna
W kolejnych wnękach pojawiają się inscenizacje dawnych górników i narzędzia wydobywcze. Postacie z wiadrami, scenki pokazujące, jak kiedyś wiadrami wynoszono z podziemi kredę. Trochę jak teatralne dekoracje, ale pomagają wyobrazić sobie codzienność pracy pod ziemią.

Niestety jest dość ciemno i momentami trudno dostrzec detale. Zanim zdążymy się przyjrzeć, grupa rusza dalej.
Studnia
W wąskim przejściu zatrzymujemy się przy studni. Zakratowany szyb, nad nim drewniane wiadro z XVIII wieku.

Obok ceramika, dzbany i fragmenty naczyń z XV–XVIII wieku wydobyte podczas wykopalisk.

Tłoczymy się w jednym miejscu, słuchając kolejnych opowieści. Zapach robi się cięższy, wilgotny, coraz mniej przyjemny. Strop też jakby niższy, korytarze coraz bardziej kręte, z licznymi odnogami. Coraz łatwiej wyobrazić sobie, że bez przewodnika można by tu po prostu zabłądzić.
Kolczyki
Nieprzyjemny zapach się wzmaga. Idziemy dalej krętymi korytarzami, spoglądając z ciekawością w kolejne odnogi.

Przystajemy by obejrzeć ekspozycję z unikatowym znaleziskiem, brązową formą do odlewania kolczyków. Podobno jedyną taką odkrytą w Polsce. Mały detal, a zostaje w głowie na długo.
Numery
Pokonujemy schody, zakręty, kolejne rozgałęzienia, idziemy szybko by nie zgubić grupy. Przewodnik opowiada o remontach i zapadaniu się terenu.

Na ścianach pojawiają się tabliczki z numerami domów, pokazujące, pod jakim adresem aktualnie jesteśmy. Dziwne uczucie, stoimy pod czyimś mieszkaniem, kilkanaście metrów nad nami toczy się normalne życie miasta.

Dowiadujemy się, że w 1985 roku powstała ta trasa turystyczna, nie sądziliśmy, że jest tak długo czynna.
Komora Daniela
Docieramy do większej sali z wyższym sklepieniem i słupem pośrodku. Na ścianach są dekoracje nietoperzy i pająków, trochę teatralnie, trochę bajkowo. Latarka przewodnika wydobywa z ciemności plakat z postacią białego niedźwiedzia i słyszymy legendę o zwierzęciu, które miało bronić miasta i stało się symbolem – duchem Bieluchem.

Jest też ekspozycja pokazująca wydobycie kredy metodą odkrywkową. Ta sala daje wreszcie odrobinę przestrzeni i oddechu po wąskich korytarzach.
Ekspozycja geologiczna
Na koniec trafiamy do małej sali z łukowatą, wzmocnioną wnęką, gdzie przygotowano ekspozycję geologiczną. Widzimy w niej amonity, jeżowce, gąbki i inne skamieniałości. Przewodnik ciekawie opowiada o tym, jak powstawała kreda i ile milionów lat mają te osady.

Chcielibyśmy zostać chwilę dłużej, poczytać opisy i przyjrzeć się eksponatom, ale tempo znów nas pogania.
Wyjście
Mijamy jeszcze jedną historyczną ekspozycję, której prawie nie widać w półmroku. Potem wchodzimy w bardziej wzmocnione korytarze, z betonowymi zabezpieczeniami. Nad głową wciąż mamy kredowe sklepienie.

Na koniec pokonujemy kręte schody, według przewodnika mają osiemdziesięciu stopni. Wychodzimy do budynku, w którym działa też restauracja. My jednak od razu wracamy na zewnątrz. Uderza nas zimne powietrze i mróz. W podziemiach było naprawdę ciepło.
Podsumowanie
Podziemia w Chełmie okazały się bardzo przyjemnym zaskoczeniem i idealnym planem na mroźny dzień. Zamiast marznąć na szlaku, spacerujemy w stałej temperaturze, słuchając historii miasta ukrytej pod stopami. To zupełnie inny rodzaj wędrówki niż nasze leśne wypady, ale ma w sobie podobny element odkrywania czegoś mniej oczywistego. Trochę mniej natury, trochę więcej historii, ale wciąż dużo satysfakcji.
Nasza perspektywa
Co cieszy
- klimat surowych kredowych korytarzy i faktura ścian
- stała, przyjemna temperatura (9 stopni)
- ciekawie opowiadający, zaangażowany przewodnik
- lokalne legendy i historia podziemnej trasy
- ciekawe ekspozycje, jak forma do odlewania kolczyków czy skamieniałości
- dobrze oznaczone schody i wyjścia ewakuacyjne
Co męczy
- momentami zbyt szybkie tempo zwiedzania, mało czasu na zdjęcia i czytanie tablic
- słabo oświetlone ekspozycje, ale miejscami światła migają i to może być problematyczne dla osób z problemami neurologicznymi jak migrena czy epilepsja
- miejscami specyficzny zapach wilgoci, dosyć nieprzyjemny
- śliskie i nierówne fragmenty nawierzchni, zwłaszcza w słabo oświetlonych miejscach wymagają skupienia
Spacer czy wyzwanie?
Zdecydowanie spacer. Niecały kilometr, trochę schodów, nierówna podłoga i miejscami niski strop, ale bez większego wysiłku. Bardziej chodzi o uważność i nadążanie za grupą niż o kondycję. Dobry wybór nawet na „leniwy” dzień.
Czy chcielibyśmy wrócić?
Tak. To jedno z tych miejsc, które pokazują, że przygoda nie zawsze zaczyna się na szlaku. Czasem wystarczy zejść kilkanaście metrów pod ziemię, żeby odkryć zupełnie inny świat.
Parking
- Parking przy punkcie informacji turystycznej – bezpłatny parking miejski. Nieduży, na kilkanaście samochodów.
- W samym mieście wystarczy przejechać się po pobliskich ulicach i poszukać miejsca parkingowego.
Mapa

Trasa: Zwiedzanie podziemi odbywa się wyłącznie z przewodnikiem. Wyjście z podziemi jest w zupełnie innym miejscu niż wejście i znajduje się po przeciwnej stronie rynku.
Cywilizacja
- W okolicach rynku dostępne są liczne sklepy, kawiarnie i restauracje.
- Przy wyjściu z podziemi znajduje się toaleta i restauracja oraz sklepik z pamiątkami.




















Dodaj komentarz