Senny lew, uparta papuga, czyli zoo zamiast szlaku
Wspomnienia z trasy
Po kilku dniach dużych mrozów przyszła nagła odwilż. Śnieg zaczął topnieć, chodnikami płynęła woda, a z nieba sączył się marznący deszcz. Pod nogami lód, breja i kałuże. Zupełnie nie mieliśmy ochoty długą wędrówkę. Szukaliśmy czegoś przyjemnego. Czegoś, gdzie można chodzić powoli albo schować się pod dach i po prostu popatrzeć. Padło na Zoo w Zamościu. Docieramy godzinę po otwarciu. Zaskakująco mało ludzi. Cisza, wilgotne powietrze, para z ust. Zaczynamy dość zabawnie, od toalety w głębi ogrodu, więc całe zwiedzanie rozkręca się „od środka”.

Na początku nie wygląda to obiecująco. Śnieg zalega na wybiegach, zwierząt prawie nie widać, chodniki posypane mokrym śniegiem i piaskiem. Przez chwilę zastanawiamy się, czy w ogóle był sens tu przyjeżdżać. A potem wchodzimy do pierwszego pawilonu… i nagle wszystko zaczyna się zmieniać.
Pelikan Mały
Przez szybkę zaglądamy do środka i widzimy dwa pelikany siedzące blisko siebie. Są lekko skulone, jakby chroniły się przed chłodem. W półmroku wyglądają spokojnie i ciężko, prawie jak rzeźby.

Czytamy, że worki powietrzne na szyi działają jak amortyzator przy nurkowaniu. Lubimy takie ciekawostki, od razu zaczynam wyobrażać sobie, jak te nieporadne z wyglądu ptaki nagle stają się precyzyjnymi nurkami.
Czaple i ibis
Dalej zaglądamy do ibisa purpurowego i czapli. Ibis rzeczywiście ma czerwonawe pióra, wpadające w różowy odcień. Tabliczka wyjaśnia, że młode są szare, a dopiero karoten z pożywienia nadaje im ten kolor.

Obok czaple stoją nieruchomo, dopiero po chwili je zauważamy. Dowiadujemy się, że jedna czapla potrafi zjeść nawet 600 owadów dziennie. Mały, cierpliwy łowca.
Kitta czerwonodzioba
Idziemy wzdłuż wolier i najpierw widzimy… dzioby. Intensywnie czerwone, widoczne z daleka. Dopiero potem dostrzegamy całe ptaki.

Podobno świetnie imituje dźwięki innych gatunków, ale przy nas panuje cisza. Patrzą na nas z ukrycia, jakby oceniały, czy jesteśmy warci jakiegokolwiek komentarza.
Rysie
Przy rysiach zatrzymujemy się na długo. Pierwszy siedzi wysoko na drzewie. Jasny, puchaty, zwinięty niemal w kulkę. Wygląda jak wielki bochenek chleba z uszami. Co chwilę przymyka oczy. Stoimy jak zahipnotyzowani.

Nagle pojawia się drugi, ma zupełnie inny charakter. Biega, podskakuje, kręci się, podbiega do ogrodzenia, jakby robił nam pokaz. Po chwili dołącza trzeci, który siada dostojnie z boku.

Z tabliczki czytamy, że rysie potrafią mruczeć. W tym momencie trudno nie pomyśleć o naszych domowych kotach. Tylko… w wersji XXL.
Pantera Cejlońska
Po wejściu do pawilonu uderza nas fala ciepła. Wręcz gorąco. Szyby lekko parują, powietrze jest wilgotne, tropikalne. Stoimy chwilę i czekamy, aż okulary nam przestaną parować.

Za szybą leży pantera. Cętki, ciężkie łapy, spokojny oddech. Najpierw się przeciąga i relaksuje, potem zaczyna krążyć. Drapanie pnia drzewa wygląda dokładnie jak u domowego kota, tylko z siłą, która robi wrażenie.

Czytamy, że jest świetnym pływakiem. Po chwili wskakuje wysoko na hamak i kładzie się, obserwując nas z góry. Patrzymy na nią zdecydowanie za długo.
Lew
Lew… śpi. Zwinięty w kłębek, grzywa w lekkim nieładzie. Co jakiś czas zmienia bok. Król drzemki. Zero majestatu, maksimum relaksu. Bardzo chcieliśmy, żeby wstał, ale on nie miał ochoty.
Ryby
W pawilonie znajdują się liczne akwaria. Zaczynamy od żałobniczek i prętników karłowatych, których są całe ławice.


Potem pojawiają się tilapie, danio perłowe, księżniczki burundii, naskalniki, nepalki myanmarskie. Najbardziej przyciągają wzrok kardynałki chińskie i tetra królewska, małe, błyszczące jak neony.


Jedne akwaria pełne są drobnych, migoczących rybek, inne mają tylko kilka dużych, powolnych osobników przy dnie. Kolory, paski, plamki, połysk łusek w świetle. Chodzimy od szyby do szyby i po prostu patrzymy. Czas płynie tu wolniej.
Karaczany
Karaczany są prawie na wyciągnięcie ręki. Tłoczą się pod lampą w otwartym pojemniku. Przechodzimy obok szybkim krokiem. Zdecydowanie wolelibyśmy szybę między nami. Mijamy je by wejść na schody prowadzące na górną wystawę. Najchętniej byśmy je ominęli, ale kolejne zwierzęta nas ciekawią.

Waran kolczastoogonowy
Pod lampą leżą dwa warany kolczastoogonowe. Czytamy, że to jedne z najmniejszych waranów. Wyglądają jak rzeźba z dwoma ogonami, nie ruszają się zupełnie.

Teju argentyński
Teju leży na pniu drzewa, zupełnie nieruchomy. Żyje do 20 lat, ma rozwidlony język. Nie dane nam tego zobaczyć. Dla nas wygląda jak dekoracja terrarium.

Pigmejki
Pigmejki są wszędzie. Skaczą, wspinają się, biegają, przepychają. Małe, ruchliwe, kompletnie nie do sfotografowania. Śmiejemy się, stojąc przy nich dłużej niż planowaliśmy. Najmniejsze małpy, a najwięcej chaosu. Trudno nam było od nich odejść.

Żółwie pustynne
Piasek, lampy grzewcze i żółwie leżące w bezruchu. Jeden powoli sunie w naszą stronę. Czytamy, że w naturze często łzawią im oczy. Mają w sobie jakiś spokój, który udziela się i nam.

Gekon wielkopalcy
Długo go nie widzimy. Dopiero po chwili dostrzegamy przyczepionego do gałęzi głową w dół. Pomaga mu chwytny ogon.

Rzekotka wspaniała
Soczyście zielone żaby niemal znikają wśród roślin. Ciekawostka z tabliczki: podczas przełykania chowają oczy i „przepychają” nimi pokarm. Trochę straszne, trochę fascynujące. Zaczynamy patrzeć na nie nieco inaczej. Na szczęście, żadna z nich nic nie je.

Drzewołaz żółtopasy
Czarno-żółte, małe i toksyczne. Wyglądają jak żaby o umaszczeniu salamnadry. Czytamy, że alkaloidy mogą powodować ból i paraliż, na dodatek nie potrafią pływać. Patrzymy jak spacerują spokojnie po gałęziach terrarium.

Gekon olbrzymi
Największego gekona szukamy długo. W końcu widzimy… palce przyklejone do gałęzi. Maskowanie mistrzowskie. Dowiadujemy się, że nie mruga, tylko liże sobie oczy.
Pająki
Ptaszniki oglądamy raczej przelotnie. To nie nasza ulubiona kategoria. Z futerkowych stworzeń preferujemy kotki, ewentualnie króliki.

Tygrysy amurskie
Wychodzimy z pawilonu. Na zewnątrz jest zimno i mżawka. Jeden tygrys odpoczywa, drugi krąży po wybiegu. W śniegu widać wielkie ślady łap.

Czytamy, że znoszą temperatury do –40°C, mają zapasowy tłuszcz i świetnie pływają, ale nie potrafią mruczeć. Kiedy jeden z nich podchodzi bliżej szyby, czujemy respekt.
Arui
Spacerujemy pustymi alejkami zoo. Podchodzimy bliżej do ogrodzonych wybiegów. Z daleka wyglądają jak kozy, ale to arui.

Stoją zbite w grupę na kamieniach, z brodami i rogami. Deszcz im zupełnie nie przeszkadza. My marzniemy, one wyglądają na całkowicie niewzruszone.

Po chwili z gromadki wyłania się młode, które dosyć nieporadnie skacze, następnie dostrzegamy kolejne młode arui. Są zaskakująco małe przy dużych osobnikach.
Flamingi
Podchodzimy do kolejnego pawilonu i zerkamy przez szybę. Flamingi stłoczone są razem przy jedzieniu. Czytamy, że podobnie jak u ibisów młode są szare, a dorosłe różowieją od karotenu.

Obok na zewnątrz w wolierze jest łabędź czarnoszyi, który wygląda, jakby ktoś faktycznie pomalował mu szyję pędzlem. Niestety stoi dosyć daleko od nas.

Strefa wolnego lotu
Kolejny pawilon jest dosyć nietypowy. Jest w nim ciepło, wilgotno, znajduje się wodospad, małe jeziorko, po którym rożne gatunki kaczek pływają sobie swobodnie.

Małe chodzą i latają wokół nas. Duże są w wolierach. Przyglądamy się przez okratowane woliery ptakom…

I nagle kakadu żółtoczube mówi do nas „siema” i „halo”. Zaczepia dziobem kraty, podchodzi blisko, domaga się uwagi. Gdy odchodzimy, krzyczy przeciągle. Wracamy. I znowu. Według tabliczki osiąga 135 decybeli – wierzymy bez wahania.
Żyrafy
Zaglądamy do nich przez szybę, znajdują się w ciepłym pomieszczeniu. Dwie duże i jedna mała. Jedna je, druga spaceruje, mała leży przy grzejniku.

Długie, cienkie nogi, powolne ruchy. Mała momentami liże szybę. Trudno oderwać od nich wzrok.
Lemury
Przy lemurach po raz pierwszy tego dnia spotykamy trochę więcej turystów. Nic dziwnego, w pawilonie jest ciepło i sucho, a na dworze deszcz się wzmaga.

Lemury katta gromadzą się blisko grzejników. Siedzą zwinięte w kulki, wtulone w siebie nawzajem, jakby próbowały złapać jak najwięcej ciepła. Nakrywają się swoimi pasiastymi ogonami jak kocami. Wyglądają trochę jak futrzaste poduszki porozkładane po kątach wybiegu.
Czytamy na tabliczce, że mają dość słaby wzrok i nie odróżniają czerwieni i zieleni, za to widzą głównie żółcie i błękity.

Dalej są lemury wari. Czarno-białe, puchate, z długimi ogonami zwisającymi z gałęzi. Siedzą raczej spokojnie, bez tej „kociej” potrzeby przytulania się do kaloryfera. Dowiadujemy się, że jako jedyne wśród lemurów nie noszą młodych na grzbiecie, a dodatkowo są jedynymi naczelnymi, które budują gniazda wyłącznie na czas porodu i pierwszych tygodni opieki nad młodymi. To jedna z tych ciekawostek, które sprawiają, że zaczynamy patrzeć na nie zupełnie inaczej.
Papugi
Przy papugach tempo zwiedzania nagle spada do zera, bo Maciek totalnie przepada. W wolierze siedzi kilka amazonek jamajskich. Z tabliczki czytamy, że potrafią żyć nawet 50–60 lat, więc spokojnie mogłyby towarzyszyć człowiekowi przez większe pół życia. Obserwują nas uważnie, przekrzywiają głowy, jakby analizowały każdy ruch.

Jest też ara zielona, duża, majestatyczna, a reszta jej rodziny siedzi w głębi woliery. Dowiadujemy się, że łączy się w pary na całe życie i zjada glinkę, żeby neutralizować toksyny i uzupełniać minerały. To brzmi jednocześnie dziwnie i fascynująco.

Dalej siedzą dwie ararauny zwyczajne z pomarańczowo-żółtymi brzuszkami. Czytamy, że nie mają widocznego dymorfizmu płciowego i stuprocentową pewność co do płci dają dopiero badania DNA. Siedzą wysoko, spokojnie nas obserwując.

Maciek stoi pod wolierą jak zahipnotyzowany, a ja w tym czasie powoli przesuwam się w stronę małp. Każdy z nas ma tu swój „ulubiony dział”.
Małpy
Przy małpach znowu przepadam ja. Najpierw gerezy abisyńskie, czarne ciała z charakterystycznymi białymi obwódkami wokół twarzy. Wyglądają jakby ktoś domalował im teatralne maski. Dowiadujemy się, że nie mają kciuka, a młode rodzą się całkiem białe. Ten kontrast musi być niesamowity.

Potem czepiaki ciemne. Patrzę, jak poruszają się po wybiegu z niesamowitą lekkością. Długie kończyny, chwytne ogony, ruchy płynne i sprężyste. Skaczą, podbiegają, jedna przysiada bliżej szyby i patrzy na nas czarnymi, błyszczącymi oczami. Mają w sobie coś hipnotyzującego. Mogłabym stać i obserwować je bez końca.

Kapucynki są mniejsze, bardziej zwinne, ciągle zajęte swoimi sprawami. Z tabliczki czytam, że są bardzo inteligentne i podatne na tresurę, bardzo zwinne. Patrzę, jak jedzą i przemieszczają się po gałęziach, widać w nich spryt i ciekawość świata.

Na końcu gibbony. Większe, spokojniejsze, ale gdy zaczynają się ruszać, robi się widowisko. Skaczą z gałęzi na gałąź na kilka metrów, huśtają się na rękach, potem siadają obok siebie i iskają się nawzajem. Czytamy, że potrafią pokonywać skoki długości 9–12 metrów, nie mają ogona i nie pływają. Stoimy długo i po prostu patrzymy. Dwa ciemniejsze, dwa jaśniejsze, jak mała rodzina.

To jedno z tych miejsc, z których naprawdę trudno się oderwać.
Podsumowanie
Zoo w Zamościu okazało się idealnym „planem B”. Trochę spaceru, trochę ciepłych pawilonów, dużo spokojnego patrzenia i czytania ciekawostek z tabliczek. Bez tłumów, bez pośpiechu, bez presji „zaliczania atrakcji”. Zatrzymywaliśmy się tam, gdzie coś nas zaciekawiło, staliśmy dłużej przy rysiach, przy panterze, przy małpach czy przy gadatliwej kakadu, która ewidentnie uznała nas za swoich.
To nie była wielka wyprawa ani spektakularne widoki. Raczej kilka godzin zwykłego chodzenia i obserwowania świata trochę wolniej. I chyba właśnie takie dni lubimy najbardziej. Jesteśmy ciekawi innych zwierząt, które można będzie zobaczyć w ciepłą pogodę.
Nasza perspektywa
Co cieszy
- mało ludzi
- ciepłe pawilony zimą
- różnorodność zwierząt
- rysie, pantera i tygrysy z bliska
- interakcja z kakadu
- spokojne tempo zwiedzania
- dobre oznaczenie w postaci strzałek i mini mapki
Co męczy
- śliskie chodniki i mżawka
- część wybiegów zimą pusta
- karaczany
- punkty gastro zamknięte zimą, ośnieżone atrakcje dla dzieci typu place zabaw, zaśnieżone ławeczki
- ptactwo wodne i tereny ze stawami i rzeczkami zamarznięte zimą
Spacer czy wyzwanie?
To czysty spacer. Kilka godzin chodzenia, ale bez wysiłku. Idealny plan na brzydką pogodę.
Czy chcielibyśmy wrócić?
Tak. Latem, żeby zobaczyć więcej zieleni i aktywnych zwierząt, ale zimowa wersja też ma swój urok, ciszę, brak tłumów i momenty, kiedy można po prostu stać i patrzeć.
Parking
- Parking przy zoo jest bezpłatny dla klientów zoo. To duży parking wyłożony kostką brukową, zlokalizowany tuż przy wejściu. W sezonie wakacyjnym szybko się zapełnia, dlatego warto przyjechać wcześniej.
Mapa

Trasa: Wraz z biletami otrzymuje się mapę zoo, która bardzo ułatwia zaplanowanie zwiedzania. My zdecydowaliśmy się skręcić w prawo tuż za wejściem i obejść całe zoo oraz atrakcje dookoła, trzymając się trasy prowadzącej wzdłuż brzegu. Dzięki temu mogliśmy zwiedzać spokojnie, bez chaosu i wracania po tych samych ścieżkach.
Cywilizacja
- W centrum zoo w sezonie letnim dostępne są punkty gastronomiczne.
- W zachodniej części znajduje się plac zabaw dla dzieci.
- Na terenie zoo znajduje się kilka toalet.
Linki
Podobne miejsca
Mamy nadzieję, że wkrótce pojawi się więcej artykułów tego rodzaju.











































Dodaj komentarz