Od kaolinu po złoto, czyli jak rodzi się porcelana w Ćmielowie
Wspomnienia z trasy
To był jeden z tych zimowych dni, kiedy nawet my nie mamy ochoty wychodzić w teren. Koniec stycznia, śnieg nadal zalega przy drogach, temperatura około –5°C, a po intensywnym tygodniu wstajemy późno i bez większej energii. Zamiast pakować plecaki i szukać kolejnej leśnej ścieżki, postanawiamy zrobić sobie spokojniejszy dzień pod dachem. Wybór pada na Muzeum Porcelany w Ćmielowie. Brzmi bezpiecznie, trochę „kulturalnie”, trochę turystycznie. Taki plan awaryjny na zimę. Nie spodziewaliśmy się, że okaże się jednym z ciekawszych miejsc, jakie odwiedziliśmy ostatnio.
Ogród
Już przed wejściem uwagę przyciągają duże, różowe rzeźby stojące przed budynkiem. Trochę bajkowe, trochę surrealistyczne, mocno kontrastujące z białym śniegiem. Zatrzymujemy się na chwilę, robimy zdjęcia i mamy wrażenie, że to zapowiedź, że w środku też będzie nietypowo.

Sklep
Zwiedzanie zaczynamy od sklepu, w którym kupuje się bilety i czeka na przewodnika. Zamiast typowej kasy trafiamy od razu między gabloty pełne porcelany. Filiżanki, figurki zwierząt, tancerki, sportowcy, aniołki, szachy, obrazy malowane na porcelanie, półki uginają się od różnorodnego asortymentu.

Kręcimy się między nimi powoli, oglądając wszystko z bliska. Ceny szybko przypominają, że to ręczna produkcja i rzemiosło, a nie seryjna fabryka. To raczej małe dzieła sztuki niż zwykłe przedmioty użytkowe.

Jeszcze nie weszliśmy na właściwą wystawę, a już trudno oderwać wzrok.
Początki
Pierwsza ekspozycja to stanowisko z inscenizacją wytwarzania naczyń. Słuchamy, że początkowo wytwarzano tu naczynia fajansowe, a dopiero później, od 1804 roku, zaczęto produkować porcelanę. To moment, który mocno wybrzmiewa w opowieści, bo od niego zaczyna się ta ćmielowska tożsamość, z którą dziś kojarzy się to miejsce.

Ważnym punktem jest też rok 1996, kiedy A. Spała przejął Ćmielów i zaczęło się odtwarzanie dawnych projektów oraz powrót do ręcznej produkcji. Ta część historii szczególnie do nas trafia, bo pokazuje, że tradycja nie jest tu tylko wspomnieniem, ona została świadomie podjęta na nowo i dziś można ją zobaczyć z bliska, niemal „od kuchni”.
Piec
Po części historycznej przechodzimy do miejsca, które chyba najbardziej działa na wyobraźnię, czyli starego pieca do wypału porcelany.

Wchodzimy do środka i od razu czujemy zmianę atmosfery. Jest ciemniej, chłodniej, ceglane ściany tłumią dźwięki. Przestrzeń bardziej przypomina podziemia niż muzealną salę. W środku ustawiono ławeczki i małe oświetlenie, a obok stoją dawne formy, w których wypalano ceramikę.

Siadamy na chwilę i oglądamy krótki film wprowadzający w proces produkcji, nagrany z realnymi przykładami produkcji. Sam piec robi wrażenie skalą. Ma 22 metry wysokości i trzy kondygnacje. Kiedyś był sercem całej fabryki. Przewodniczka opowiada, że na czas wypału zamurowywano go, a całe przedsięwzięcie było ogromną operacją logistyczną. Takie wypały odbywały się zaledwie dwa–trzy razy w miesiącu, a i tak efekt nigdy nie dało się przewidzieć. Na sto wypalanych sztuk udawało się zaledwie kilkanaście. Reszta pękała, deformowała się albo po prostu nie nadawała się do sprzedaży.

Patrząc na tę ceglaną konstrukcję, łatwo sobie wyobrazić, ile pracy, czasu i nerwów musiało kosztować każde takie „odpalenie” pieca. Nagle porcelana przestaje być delikatną filiżanką z półki, a zaczyna być wynikiem ciężkiej pracy, ryzyka i cierpliwości.
Trochę żałujemy, że nie zrobiliśmy więcej zdjęć, dopiero później dociera do nas, jak surowe i klimatyczne było to miejsce. Zostaje nam tylko wspomnienie cegieł, półmroku i tej opowieści o piecu, który kiedyś decydował o losie całej produkcji.
Powstawanie porcelany
Po wyjściu z pieca przewodniczka prowadzi nas dalej, do specjalnie przygotowanych stanowisk, przy których można zobaczyć cały proces produkcji porcelany. I to jest moment, kiedy zwiedzanie zamienia się w coś znacznie ciekawszego niż oglądanie gablot. Przechodzimy przez kolejne stanowiska jak po prawdziwej pracowni. Wszędzie stoją formy, półprodukty, narzędzia, gotowe, uszkodzone i niedokończone figurki. Bardziej miejsce pracy niż ekspozycja muzealna.

Na początku poznajemy podstawy. W szklanych pojemnikach leżą trzy składniki, z których powstaje porcelana: kaolin, kwarc i skaleń. Z tej mieszanki przygotowuje się masę o konsystencji ciasta naleśnikowego.

Przewodniczka składa formę kotka, wlewa do środka płynną masę, po chwili wylewa nadmiar i czekamy, aż ścianki odpowiednio stężeją. Kiedy wyciąga gotowy odlew, możemy go dotknąć. Jest miękki, wilgotny, prawie jak plastelina. Trudno uwierzyć, że z czegoś tak delikatnego powstanie później twarda figurka.

Przy kolejnym stanowisku sami oczyszczamy figurki z nadmiaru materiału, wygładzamy łączenia i polerujemy powierzchnię. Na tym etapie wszystko jest kruche i łatwo coś uszkodzić, więc dotykamy ich ostrożnie.

Potem słuchamy o wypalaniu na biskwit i porównujemy dwa naczynia, jedno jeszcze surowe, drugie już po pierwszym wypale. Różnica jest wyraźna: wypalone jest mniejsze, twardsze i jaśniejsze.

Dalej obserwujemy szkliwienie. Filiżanka zanurzona w różowawej cieczy wygląda, jakby ktoś polał ją farbą. Dowiadujemy się, że ten kolor pochodzi z naturalnych barwników i po wypale całkowicie znika, zostawiając czystą biel. Róż pomaga tylko kontrolować, czy szkliwo zostało nałożone równo. Ważne jest nawet to, by spód naczynia pozostał niepokryty, bo inaczej podczas wypału wszystko przykleiło do podłoża. Po kilku próbach odgadujemy, że to buraki są odpowiedzialne za ten kolor. Niestety nie mamy fotografii z procesu szkliwienia, za bardzo nas zaciekawił, więc zapomnieliśmy robić zdjęcia, a szkoda.

Obok widzimy też „wpadki produkcyjne” , figurki aniołków, które przewróciły się i posklejały ze sobą w jeden porcelanowy „chór”. Trochę przypadek, trochę sztuka.

Na końcu przechodzimy do zdobienia. Pod światło widać każdy ruch pędzla i każdą drobną nierówność ręcznego malowania. Te wzory są żywe, nieidealne, jedyne w swoim rodzaju. Obok kalkomanie wyglądają perfekcyjnie i równo, ale trochę bez charakteru.

Możemy nawet sami spróbować wydrapać wzorek patyczkiem na porcelanie. Co nas zaskoczyło pozłacanie porcelany przypomina malowanie jej ciemną, jakby czarną farbą. Dopiero po wypaleniu zyskuje złoty kolor.

To jedna z najbardziej interaktywnych części całego muzeum. Nie stoimy za barierką, tylko naprawdę dotykamy, sprawdzamy faktury, porównujemy etapy. Porcelana przestaje być „gotowym produktem”, a zaczyna być „żywa”, właśnie ożywiona procesem, w którym przechodzi przez ręce wielu osób. I chyba właśnie dlatego ta część podoba nam się najbardziej.
Kolorowa porcelana
Dalej trafiamy do części, która wygląda trochę jak mała galeria eksperymentów z kolorem. Do tej pory porcelana kojarzyła nam się głównie z bielą i złoceniami, więc to, co widzimy tutaj, jest sporym zaskoczeniem.
Najpierw poznajemy różową porcelanę. Nie jest to ani szkliwo ani farba, która ją pokrywa, ale porcelana barwiona w masie. Przewodniczka pokazuje nam naczynia pod światło i w przekroju. Kolor nie znika w środku, cały materiał jest różowy, jakby ktoś dodał pigment jeszcze zanim powstała filiżanka.

To porcelana odtworzona według przedwojennej receptury Bronisława Kryńskiego. Przez lata uchodziła za coś niemal legendarnego, bo dokładny skład i sposób produkcji zaginęły. Dopiero współcześnie, po wielu próbach i badaniach, udało się przywrócić ten charakterystyczny odcień. Obok widzimy portret samego Kryńskiego, więc łatwiej połączyć nazwisko z konkretną historią i człowiekiem, a nie tylko technologią.

Porównujemy też dwie wersje różu. Ta inspirowana dawną recepturą ma nieco inny ton, a ćmielowska odmiana jest bardziej pudrowa i blada w kolorze. W zależności od światła zmienia się subtelnie, jakby żyła własnym życiem. Stoimy chwilę i obracamy filiżanki w dłoniach, trochę jakbyśmy oglądali małe dzieła sztuki.

Obok pojawia się kolejna ciekawostka, porcelana szmaragdowa. Jej kolor trudno jednoznacznie opisać. Trochę mięta, trochę pistacja, trochę szałwia, bardzo pastelowa, przyjemna dla oka. W jednym świetle bardziej zielona, w innym niemal kremowa. Dowiadujemy się, że do jej powstania potrzeba aż jedenastu składników i że receptura została oficjalnie zastrzeżona i opatentowana. To już nie tylko eksperyment, ale pełnoprawny, chroniony projekt.

Patrzymy na te filiżanki jak na małe dzieła sztuki użytkowej. Porównujemy odcienie, przykładamy do światła, zastanawiamy się, który kolor bardziej do nas przemawia. Zaskakujące, jak dużo emocji może wywołać… filiżanka. Ta część pokazuje nam, że porcelana to nie tylko tradycja i historia, ale też ciągłe poszukiwanie i odwaga do robienia czegoś nowego.
Piękne Małpy Europy
Po piecach, warsztatach i filiżankach nagle wchodzimy w świat bardziej artystyczny i symboliczny. Na ścianach wiszą porcelanowe obrazy z cyklu „Piękne Małpy Europy”. Każdy przedstawia inną małpę i jednocześnie inny kraj. To trochę satyra, trochę zabawa formą, trochę komentarz kulturowy. Wszystko namalowane na porcelanie, z przymrużeniem oka i bez złośliwości.

Słuchamy opowieści przewodniczki i podchodzimy bliżej próbując rozszyfrować symbole. Zastanawiamy się, co autor chciał przemycić w detalach, co jest żartem, a co aluzją. Watykan ma swoją specyficzną, bardziej „dostojną” małpkę „@”.

Najwięcej czasu spędzamy oczywiście przy tej „naszej”. Polska małpa ma czerwono-zielone kolory, trochę jak stroje ludowe, w tle widać zarys Warszawy, a w geście trudno nie dopatrzyć się lekkiego nawiązania do słynnego gestu Kozakiewicza. Twarz przypomina nam Tytusa z komiksów Papcia Chmiela, więc robi się jeszcze bardziej swojsko i trochę nostalgicznie.

Stoimy chwilę i uśmiechamy się pod nosem. To jedna z tych wystaw, przy których zamiast czytać tabliczki, bardziej się dyskutuje.

Później, już na zewnątrz, zauważamy te same postacie w większej skali, jako rzeźby. Obok stoi lustro z podpisem sugerującym, że my też jesteśmy częścią tej kolekcji. Patrzymy na swoje odbicie i trudno się nie roześmiać. To miłe przypomnienie, żeby nie brać wszystkiego zbyt serio.
Galeria starej porcelany
Na końcu trafiamy do galerii starej porcelany, która zbiera w jednym miejscu przekrój przez całą historię Ćmielowa. To taka spokojna, trochę nostalgiczna część zwiedzania, gdzie zamiast procesu i warsztatu po prostu chodzi się od gabloty do gabloty i ogląda, jak przez lata zmieniały się formy, style i pomysły.

Zanim jednak skupimy się na filiżankach, wzrok przyciąga coś zupełnie innego, skamieniały pień drzewa sprzed kilkunastu milionów lat. Uśmiechamy się pod nosem, bo gdziekolwiek jedziemy, i tak w końcu trafiamy na drzewa.

Obok leżą też znaleziska z okolicy: fragmenty dawnej ceramiki i krzemień pasiasty. Trochę lokalnej geologii i archeologii w środku porcelanowej opowieści.


Dalej zaczyna się właściwa kolekcja. Serwisy, zestawy, figurki, projekty z różnych dekad. Klasyczne formy stoją obok bardziej odważnych i nowoczesnych. Zatrzymujemy się przy odtworzonym serwisie „Matylda”, białym, eleganckim, ze złoceniami i charakterystycznymi kwadratowymi stopkami filiżanek. Wygląda bardzo dostojnie, jak z dawnego salonu.

Chwilę później widzimy różowy serwis z porcelany Kryńskiego, o której wcześniej słuchaliśmy w części poświęconej kolorowej porcelanie.

W innej gablocie stoją projekty Lubomira Tomaszewskiego, bardziej fantazyjne, momentami wręcz futurystyczne.

Kolorowe dzbanki ze „skrzydełkami” zamiast uszek, filiżanki projektowane specjalnie dla praworęcznych, nietypowe cukiernice. Sporo odwagi i zabawy formą. Co ciekawe dzbanki nazwał imionami swoich córek.

Są też kolorowe zestawy z lat 60, porcelanowe miniaturowe serwisy dla lalek, figurki tancerek, całe stada kotków i inne drobiazgi, które aż chce się wziąć do ręki.


Obok wiszą obrazy malowane na porcelanie, nie tylko ikony, ale też bardziej klasyczne przedstawienia świętych czy Matki Boskiej.

Dowiadujemy się, że każdy kolor trzeba wypalać osobno, co wydłuża pracę i zwiększa ryzyko, że całość pęknie. Przy jednym ze stanowisk widać nawet niedokończone dzieło, zatrzymane w połowie drogi przez śmierć artysty.

Jednym z bardziej fascynujących eksponatów okazały się skrzypce… Porcelanowe rzecz jasna! Z tego co usłyszeliśmy miały trafić jako prezent dla olimpijczyka lub olimpijczyków. Jak można się domyśleć skrzypce nie brzmią tak samo jak te wykonane z drewna, ale wyglądają wspaniale.

Nawet nie wiemy kiedy okazuje się, że właśnie minęła godzina naszego zwiedzania. Przed oczami wciąż mamy tę piękną, błyszczącą porcelanę…
Podsumowanie
Trafiliśmy na zwiedzanie tylko we dwoje, więc atmosfera jest bardzo kameralna. Przewodniczka opowiada z zaangażowaniem, bez znudzenia, widać, że naprawdę lubi ten temat. Dzięki temu to nie jest „sala z eksponatami”, tylko rozmowa i wspólne oglądanie. I chyba właśnie w taki sposób lubimy zwiedzać najbardziej, spokojnie, uważnie, z ciekawością.
Nasza perspektywa
Co cieszy
- bardzo interaktywna forma zwiedzania i możliwość dotykania eksponatów
- pokaz „na żywo” etapów produkcji
- kameralna atmosfera i mała grupa
- pasja i zaangażowanie przewodniczki
- połączenie historii z prawdziwym warsztatem pracy
Co męczy
- jasne światła w galerii
- zimny piec
Spacer czy wyzwanie?
Zdecydowanie spacer. Ciepło, spokojnie, bez pośpiechu. Idealna opcja na zimowy dzień.
Czy chcielibyśmy wrócić?
Zdecydowanie tak. To jedno z tych miejsc, w których od pierwszych minut czuliśmy się po prostu komfortowo. Zwiedzanie było spokojne, kameralne i bardzo dobrze poprowadzone. Przewodniczka opowiadała z prawdziwą pasją i zaangażowaniem. Chętnie odpowiadała na pytania, pokazywała detale z bliska i pozwalała wszystkiego dotknąć, więc bardziej przypominało to warsztaty w pracowni niż klasyczne muzeum z gablotami. Dzięki temu nie mieliśmy poczucia „odhaczania sal”, tylko realnego doświadczenia procesu powstawania porcelany.
To idealne miejsce na zimowy dzień albo moment, kiedy chce się zwolnić i zrobić coś spokojniejszego, ale nadal ciekawego. Bez wahania wrócilibyśmy tu ponownie, nawet po to, żeby jeszcze raz przejść cały proces i posłuchać tych historii.
Parking
- Parking pod muzeum – bezpłatny parking na kilkanaście samochodów. Można z niego korzystać również zimą.
Mapa

Trasa: Zwiedzanie muzeum odbywa się z przewodnikiem. Do zwiedzania jest kilka pomieszczeń, a także możliwość sensorycznego zapoznania się z porcelaną na różnych etapach produkcji.
Cywilizacja
- W muzeum mamy dostęp do kawiarni, kasy biletowej, oraz sklepu z porcelaną. Dostępne są również toalety.
Linki
Podobne miejsca
Porcelanę Ćmielowską widzieliśmy na mini wystawach w:



























Dodaj komentarz