Klimczok z Szyndzielni


z jednego schroniska do drugiego



  1. Wspomnienia z trasy
  2. Nasza perspektywa
  3. Parking
  4. Mapa
  5. Cywilizacja
  6. Linki
  7. Podobne miejsca

Wspomnienia z trasy

Tym razem zaczynamy od wjechania kolejką z Bielska-Białej. Dwa dni wcześniej przegoniła nas ulewa i musieliśmy zrezygnować z dalszej trasy, więc chcemy dokończyć wycieczkę opisaną w poprzednim artykule. Wtedy skończyło się na Szyndzielni i szybkim odwrocie przed deszczem, teraz wracamy z nadzieją, że uda się dojść na nasz ulubiony Klimczok.

Do kolejki docieramy rano. Pogoda od początku nie wygląda zachęcająco. Jest bardzo pochmurno, ponuro i chłodno jak na maj. Temperatura ledwo dobija do około 15 stopni, a ciężkie chmury wiszą nisko nad górami. Sobota, ale ludzi wcale nie ma aż tak dużo, chyba część osób wystraszyła prognoza pogody.

Wsiadamy do żółtej gondoli i powoli odrywamy się od miasta. Pod nami zostaje Bielsko-Biała, a wokół pojawiają się kolejne warstwy zielonych beskidzkich lasów. Widoki są trochę przygaszone przez pogodę, ale mają swój klimat. Wszystko wygląda spokojnie, lekko mrocznie i bardzo wiosennie.

Dwa dni wcześniej weszliśmy tutaj wygodnym czerwonym szlakiem, więc tym razem wybieramy łatwiejszy wariant z kolejką. Na Szyndzielnię można dojść też innymi trasami, ale czerwony nadal jest jedną z naszych ulubionych opcji, szczególnie kiedy chce się po prostu spokojnie iść przez las.

Po kilku minutach docieramy na górę. Szybko przechodzimy w stronę schroniska na Szyndzielni. Mimo chłodu i ciężkiego nieba bardzo cieszymy się, że wróciliśmy tutaj ponownie. Tym razem liczymy, że góry pozwolą nam dojść trochę dalej.

Szyndzielnia

Przechodzimy obok schroniska na Szyndzielni. Ludzi jest sporo, w końcu to weekend, ale większość siedzi raczej spokojnie przy stolikach albo stoi przy tarasie i patrzy w stronę gór. Widoki są dzisiaj zupełnie inne niż zwykle. Zamiast szerokich panoram i błękitnego nieba nad Beskidami wiszą ciężkie, szare chmury. Powietrze jest chłodne i wilgotne, a całe niebo wygląda tak, jakby za chwilę miało spaść na las.

Normalnie bardzo lubimy siedzieć tutaj dłużej, szczególnie przy dobrej pogodzie. Widoki spod schroniska potrafią być naprawdę piękne, ale tym razem klimat jest bardziej surowy i trochę mroczny.

Idziemy dalej. Mijamy miejsce na ognisko, kilka drewnianych ławek i zaczynamy spokojnie oddalać się od schroniska. Droga robi się bardziej kamienista. Wokół stoją wysokie drzewa, jeszcze nie całkiem zielone po zimie, ale już z pierwszym świeżym majowym kolorem. Szlak jest szeroki i wygodny, ale przez kamienie cały czas patrzymy pod nogi. Przy takiej pogodzie łatwo się poślizgnąć albo źle postawić stopę.

Po chwili docieramy do oznaczenia szczytu Szyndzielni. Charakterystyczna drewniana tablica stoi na tle szarego nieba i ciemnych drzew. Patrzymy na drogowskaz. Klimczok, schronisko PTTK, 40 minut.

Nad Szyndzielnią

Po chwili docieramy do oznaczenia Nad Szyndzielnią. Drogowskaz pokazuje, że do Przełęczy pod Klimczokiem zostało jeszcze około 25 minut. Patrzymy przed siebie i ruszamy dalej szeroką drogą prowadzącą łagodnie przez las.

Ten fragment trasy jest bardzo spokojny i wygodny. Ścieżka robi się szeroka, momentami niemal spacerowa. Mimo kiepskiej pogody ludzi jest całkiem sporo. Jedni wracają ze schroniska, inni dopiero idą w stronę Klimczoka. Co chwilę mijają nas grupki turystów w kurtkach i czasem czapkach.

Powietrze jest chłodne i wilgotne. Na niebie wisi taka szarość, która sprawia, że wszystko wydaje się trochę przygaszone. Chmury wiszą bardzo nisko, miejscami pojawia się lekka mgła i nawet dalsze fragmenty lasu zaczynają się rozmywać.

Patrzymy na niewielkie iglaki rosnące przy trasie. Z roku na rok coraz bardziej zasłaniają panoramę. Dzisiaj i tak niewiele byłoby widać przez chmury, ale pamiętamy, że kiedyś ten fragment dawał dużo szersze widoki na okoliczne pasma i Bielsko-Białą w dole.

Mijamy charakterystyczne szare pieńki stojące przy trasie. W cieplejsze dni prawie zawsze ktoś tutaj siedzi, odpoczywa albo wyciąga kanapki z plecaka. Dzisiaj wszystkie są puste. Wiatr i chłód skutecznie odstraszają od dłuższych postojów.

Idziemy dalej szeroką, lekko piaszczystą drogą. Momentami mocniej zawiewa, a korony drzew szumią nad głową. Mimo ponurej pogody ten fragment ma w sobie coś bardzo spokojnego.

Przełęcz pod Klimczokiem

Zgodnie z oznaczeniem czerwonego szlaku skręcamy w stronę Przełęczy pod Klimczokiem. Szeroka droga powoli zaczyna się zmieniać. Las robi się bardziej surowy, mniej tutaj jasnej zieleni i młodych liści. Wysokie drzewa stoją ciemne i nieruchome, a nad nimi dalej wiszą ciężkie chmury.

Ścieżka nieco się zwęża. Pod nogami pojawia się więcej kamieni, miejscami leżą mokre liście, a powietrze robi się jeszcze chłodniejsze. Ten fragment ma zupełnie inny klimat niż wcześniejsza szeroka droga spacerowa. Jest ciszej, bardziej mrocznie i trochę melancholijnie.

Bardzo lubimy takie leśne odcinki. Nie ma tutaj wielkich panoram ani spektakularnych punktów widokowych, ale jest ten charakterystyczny beskidzki klimat wilgotnego lasu, chłodu i szumu drzew. Nawet mimo weekendu ludzi jest niewiele. Większość osób wybiera chyba wygodniejszy wariant prowadzący prosto na szczyt Klimczoka.

Po chwili docieramy na Przełęcz pod Klimczokiem. Od razu widać więcej ludzi schodzących ze szczytu. Jedni poprawiają plecaki, inni zatrzymują się przy drogowskazach i sprawdzają dalszą trasę. Nad przełęczą dalej wisi ciężkie, szare niebo, które wygląda tak, jakby w każdej chwili mogło znowu zacząć padać.

Klimczok

Z Przełęczy pod Klimczokiem ruszamy dalej czarnym szlakiem. Ten odcinek od początku daje nam do zrozumienia, że lekko nie będzie. Podejście jest strome, męczące i wyjątkowo szybko odbiera siły. Śmiejemy się między sobą, że to prawdziwy zrywacz łydek.

Droga wydaje się bardziej wyżłobiona niż pamiętaliśmy. W wielu miejscach widać ślady spływającej wody i rozdeptanej ziemi, przez co momentami idzie się dość niewygodnie. Pod nogami kamienie, luźny żwir i nierówności, które zmuszają do uważnego stawiania kroków. Idziemy powoli, robiąc krótkie przerwy i coraz częściej oglądając się za siebie.

Kiedy w końcu docieramy na szczyt, jesteśmy już porządnie zmęczeni. Mimo weekendu ludzi nie ma tutaj aż tak dużo. Kilka osób siedzi na trawie albo odpoczywa chwilę przed zejściem do schroniska, ale ogólnie jest spokojniej niż się spodziewaliśmy.

Na górze jest zimno i dosyć nieprzyjemnie. Wiatr co chwilę przegania ciężkie chmury, a widoki są bardziej surowe niż spektakularne. Skrzyczne niemal całe tonie w szarości. Masyw raz lekko wyłania się zza chmur, a po chwili znowu znika. Nad górami wiszą ciemniejsze pasy deszczu i wszystko wygląda trochę jak kadr z filmu o końcu świata.

Przy szczycie stoi charakterystyczny drewniany tron, podobny do tego, który widzieliśmy wcześniej na Błatniej. Bardzo lubimy stąd chodzić na Błatnią, ale dzisiaj pogoda nie zachęca.

Obok znajduje się też miejsce pełne kamieni zostawianych przez turystów z różnych szczytów i zakątków świata. Chwilę chodzimy między tabliczkami i próbujemy czytać nazwy miejsc. Są góry, morza, miasta i maleńkie pamiątki przywiezione z bardzo różnych stron.

Trochę żałujemy, że sami nie przywieźliśmy tutaj czegoś z Lubelszczyzny. Taki mały kamień z Roztocza pasowałby tu idealnie. Albo może ze Świętokrzyskiego?

Po krótkim odpoczynku zaczynamy schodzić tą samą drogą w stronę przełęczy. Kolana trochę protestują po stromym podejściu, ale mimo zmęczenia jest w tym zejściu coś przyjemnego. Chmury dalej wiszą nisko nad górami, a las znowu powoli zamyka nas w swojej ciszy.

Schronisko

Po chwili odpoczynku na szczycie schodzimy kawałek i kierujemy się do schroniska. Niby to już niedaleko, ale znowu trzeba podejść pod górę. Wiatr wieje coraz mocniej, jest zimno i po czasie spędzonym na otwartej przestrzeni marzymy już tylko o czymś ciepłym.

Przed schroniskiem tłumy ludzi. Część siedzi na ławkach owinięta w kurtki, inni stoją z kubkami herbaty albo próbują znaleźć trochę miejsca przy wejściu. W środku jeszcze ciaśniej, gwar rozmów miesza się z dźwiękiem naczyń i ciągle otwierających się drzwi.

Mimo tego bardzo lubimy to miejsce i często tutaj zaglądamy. Jest w nim coś starego i przytulnego, taki górski klimat, którego coraz mniej w nowych miejscach. Drewniane wnętrza, lekko skrzypiące ławy, ozdoby, które wyglądają jak zbierane przez lata.

Zamawiamy gorącą herbatę i chwilę po prostu siedzimy, próbując się ogrzać. Patrzymy na detale wokół siebie. Rzeźby stojące przy ścianach, drewniane figurki, ozdobne doniczki z kwiatami na parapetach i obrazy przedstawiające beskidzkie krajobrazy. Wszystko wygląda trochę jak zatrzymane w czasie. Na ścianach wiszą obrazy z zielonymi zboczami i letnimi widokami, które mocno kontrastują z tym, co dzieje się za oknem. Tam dalej królują ciężkie chmury, szarość i zimny wiatr. Schronisko daje nam chwilę oddechu. Taką krótką przerwę między chłodem na zewnątrz a dalszą drogą przez góry.

Powrót

Po ogrzaniu się w schronisku wracamy tą samą drogą w stronę Szyndzielni. Wiatr nadal mocno wieje, ale niżej w lesie od razu robi się spokojniej i ciszej. Z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej otacza nas świeża beskidzka zieleń.

Droga jest szeroka i kamienista, momentami jeszcze wilgotna po wcześniejszych opadach. Idziemy powoli między wysokimi bukami i świerkami. Jasne młode liście świecą niemal neonową zielenią na tle ciemniejszych drzew i szarego nieba. To ten moment wiosny, kiedy las wygląda, jakby budził się dosłownie z dnia na dzień.

Co jakiś czas między drzewami pojawiają się widoki na stok i kolejkę. Chmury nadal wiszą nisko, ale w lesie przestaje nam to przeszkadzać. Po ponurym szczycie właśnie ten odcinek okazuje się najprzyjemniejszy.

Wracamy czerwonym szlakiem opisanym już w poprzednim artykule (Szyndzielnia z Bielska-Białej). To wygodna opcja, szczególnie kiedy nogi po Klimczoku są już zmęczone. Oczywiście można też wybrać inne warianty zejścia, choćby zielony szlak albo po prostu zjechać kolejką z Szyndzielni.

Dla nas ten powrót był bardziej spokojnym spacerem niż zdobywaniem kolejnych kilometrów. Bez presji, bez pośpiechu. Trochę zmęczeni, trochę zmarznięci, ale jednak zadowoleni, że znowu mogliśmy pobyć w beskidzkim lesie, nawet jeśli góry tego dnia bardziej schowały się w chmurach niż pokazały widoki.


Nasza perspektywa

Co cieszy

  • świeża beskidzka zieleń i piękny wiosenny las
  • klimatyczne schronisko i możliwość ogrzania się herbatą
  • mało ludzi na samym szczycie Klimczoka
  • oglądanie kamieni przywiezionych z różnych miejsc świata
  • spokojniejszy, bardzo relaksujący powrót przez las
  • kontrast między ponurą pogodą a jasnymi młodymi liśćmi drzew

Co męczy

  • strome podejście czarnym szlakiem
  • mocny wiatr i chłód na otwartej przestrzeni
  • ponure widoki i chmury zasłaniające góry
  • sporo ludzi wokół schroniska

Spacer czy wyzwanie?

Podejście na Klimczok od strony Szyndzielni potrafi zmęczyć bardziej, niż mogłoby się wydawać po spojrzeniu na mapę. Czarny szlak jest momentami stromy, mocno wyżłobiony i przy mokrej pogodzie może być śliski. Dla nas to był typowy „zrywacz łydek”, szczególnie przy silnym wietrze i chłodzie.

Jednocześnie technicznie nie jest to bardzo trudna trasa. Szerokie drogi, dobre oznaczenia i możliwość odpoczynku w schronisku sprawiają, że wiele osób powinno sobie tutaj poradzić we własnym tempie. W razie potrzeby można też skrócić trasę kolejką na Szyndzielnię.

Największym wyzwaniem tego dnia okazała się dla nas pogoda. Ciężkie chmury, zimny wiatr i brak widoków trochę odbierały energię. Ale las i samo chodzenie po górach nadal dawały dużo przyjemności.

Czy chcielibyśmy wrócić?

Pewnie tak. Klimczok nie zachwycił nas tym razem widokami, ale i tak dobrze spędziliśmy ten dzień. Beskidzkie lasy mają w sobie coś, co sprawia, że nawet przy kiepskiej pogodzie nadal chce się tam wracać.

Może następnym razem trafimy na lepszą widoczność. A może znowu wszystko schowa się w chmurach. W sumie i tak najbardziej pamiętamy z tego dnia zielony las, zimny wiatr i herbatę wypitą w schronisku.


Parking

  • Parking pod Szyndzielnią – bardzo duży parking. Płatny. Wjeżdżając pobieramy bilet, a płatności dokonujemy przy wjeździe (można płacić kartą).

Mapa

szczegóły mapy

Trasa: Parking – Podążamy za znakami na stację dolną kolejki – Po wjechaniu na górę kierujemy się w stronę widocznego z wyjścia stoku – Podążając oznaczeniami szlaku czerwonego dochodzimy do schroniska pod Szyndzielnią – Kontynuujemy marsz szlakiem czerwonym – Na skrzyżowaniu trzymamy się lewej strony – Dochodzimy do siodła pod Klimczokiem – Z stąd możemy pójść w lewo do schroniska, lub w prawo na szczyt – Ze szczytu możemy zejść z powrotem do siodła, lub mniej stromą drogą na prawo wieżą nadawczą – Powrót do parkingu tą samą drogą do skrzyżowania przed stacją górną kolejki – Stąd możemy pójść prosto i zjechać na dół kolejką, lub skręcić lekko w lewo i trzymając się czerwonego szlaku zejść aż do parkingu.


Cywilizacja

  • Stacja kolejki – dostępny jest biletomat (można płacić kartą), oraz śmietniki, a także toalety (płatne).
  • Szlak czerwony – poza schroniskami brak jest udogodnień.

Linki


Podobne miejsca

Dodaj komentarz