Szyndzielnia z Bielska-Białej


spacer do schroniska, na chwilę przed ulewą



  1. Wspomnienia z trasy
  2. Nasza perspektywa
  3. Parking
  4. Mapa
  5. Cywilizacja
  6. Linki
  7. Podobne miejsca

Wspomnienia z trasy

Wstajemy rano w środku tygodnia, 7 maja. Jeszcze wczoraj na Skrzycznem było bardzo ciepło i słonecznie, a dzisiaj od rana nad Beskidami wiszą ciężkie, deszczowe chmury. Jest duszno, pojawiają się ostrzeżenia przed burzami i od razu wiemy, że to nie będzie dzień na długie, odkryte podejścia.

Szukamy czegoś prostszego, bardziej „na schronisko”, bez wielkich widokowych odcinków. Wybór pada na czerwony szlak na Szyndzielnię, klasyczny, dość wygodny i dobry na taką niepewną pogodę. W innych warunkach uznalibyśmy go za nudny, monotonny i niezbyt atrakcyjny, ale zmęczeni preferowaliśmy szlak, nad którym nie trzeba się zbyt wiele zastanawiać.

Początek

Zaczynamy z parkingu i najpierw idziemy kawałek asfaltem między zabudowaniami. Miasto jeszcze trochę śpi, jest spokojnie, choć od czasu do czasu mijają nas inni turyści. Po chwili skręcamy pod górę i asfalt przechodzi w szeroką, szutrową drogę. Ubijany jasny żwir przyjemnie chrzęści pod butami, a wokół robi się coraz bardziej zielono.

Młode liście błyszczą się. Zieleń jest intensywna, soczysta, taka typowo wiosenna, jasne liściaste drzewa kontrastują z ciemniejszymi świerkami gdzieś wyżej. Droga prowadzi łagodnie ale systematycznie pod górę. Nie jest stromo, ale nogi odczuwają, że trzeba wkładać więcej wysiłku niż na płaskiej powierzchni.

Przed nami widać kilku turystów. Jedni idą szybciej, inni spokojnie spacerują. Atmosfera jest spokojna, cicha, nieco skupiona. Nad nami wiszą ciężkie, szare chmury, ale na razie jeszcze nie pada. W powietrzu czuć wilgoć i tę charakterystyczną duchotę przed burzą, owady same pchają się do ust i nosa.

Dębowiec

Droga cały czas spokojnie prowadzi pod górę, szerokim szutrowym traktem między jasną, majową zielenią. Co chwilę zerkamy w niebo, ciężkie chmury nadal wiszą nad Beskidami, ale między nimi momentami przebija się światło. Szlak zakręca mocniej i po chwili docieramy na Dębowiec.

Od razu uwagę przyciąga niewielka kaplica. Bardzo jasna na tle ciemniejszych chmur i zielonych drzew. Przed nią stoją równo ustawione jasne ławki, duży drewniany krzyż i białe rzeźby otoczone kwiatami. Całość wygląda spokojnie i trochę nierealnie w tym dusznym, burzowym świetle.

Przystajemy na chwilę. Wokół jest cicho, tylko gdzieś dalej słychać pojedyncze głosy turystów i ptaki w lesie.

Obok kaplicy znajduje się kolejka liniowa na Dębowiec, ale akurat nie działa. Pusto też przy dolnej stacji, co jeszcze bardziej potęguje wrażenie spokojnego poranka przed zmianą pogody.

Na znakach czytamy, że do Szyndzielni zostały jeszcze około 2 godziny. Wychodzimy kawałek wyżej na bardziej otwarty teren. Widać fragment stoku i panoramę Bielska-Białej w dole. Nad miastem zbierają się coraz cięższe chmury, ciemne i warstwowe, wyglądają jakby burza mogła przyjść w każdej chwili. Powietrze stoi niemal nieruchomo. Patrzymy chwilę na widoki, robimy zdjęcia i ruszamy dalej.

Ławeczki i kapliczki

Za Dębowcem droga znowu zaczyna spokojnie piąć się pod górę. Nadal idziemy szerokim, szutrowym traktem, który co chwilę zakręca między soczyście zielonymi drogami. Las jest przepiękny, świeże liście mają niemal neonowy odcień zieleni, szczególnie na tle ciężkiego, burzowego nieba.

Dopiero po chwili zauważamy, że na drzewach wiszą niewielkie kapliczki. To sceny z kolejnych tajemnic różańca. Maleńkie, drewniane, wkomponowane w pnie tak naturalnie, że łatwo je przeoczyć, jeśli człowiek patrzy tylko pod nogi albo przed siebie.

Idziemy dalej czerwonym szlakiem. Droga cały czas prowadzi pod górę, ale nachylenie wydaje się dość łagodne. Bardziej męczy duszne powietrze niż samo podejście. Owady co chwilę wlatują do oczu i ust, a powietrze stoi nieruchomo. Las daje przyjemny cień, słychać śpiew ptaków i szum drzew, ale czuć też, że burza może przyjść za chwilę.

Co jakiś czas pojawiają się ławki. Niektóre nowe i solidne, inne starsze, już trochę zmęczone pogodą. Przy każdej z nich robimy krótki odpoczynek. Wokół tylko zieleń, śpiew ptaków i pojedyncze głosy turystów gdzieś dalej na zakrętach.

Kolejka nad nami zaczyna już jeździć. Co jakiś czas między drzewami widać wagoniki przesuwające się wysoko ponad lasem, co zaskakujące bardzo szybko.

Szlak dalej zakręca. Raz mocniej, raz łagodniej. Przy kolejnych zakrętach pojawiają się następne ławki. Na jednym z drzew zauważamy różowego, brokatowego motylka przyklejonego do oznaczenia szlaku. Zupełnie przypadkowy drobiazg, ale od razu przyciąga wzrok wśród zieleni.

Po prawej stronie pojawiają się przebłyski widoków na miasto i okoliczne wzgórza, choć większość zasłaniają gałęzie drzew. Nadal jest pochmurno. Powietrze ciężkie, wilgotne, coraz więcej komarów.

Szlak kilka razy przecina się z zielonym wariantem, więc spokojnie można tutaj zrobić pętlę albo wybrać inne podejście, my raczej wolimy szeroką i mniej skomplikowaną drogę. Mijają nas kolejni turyści, ale nadal nie ma tłumów. Idzie się spokojnie, trochę w rytmie zakrętów.

Polana Kamienica

Las powoli zaczyna się przerzedzać i wychodzimy na bardziej otwartą przestrzeń. Przystajemy podziwiać widoki wzdłuż drogi.

Pojawia się stara stacja wyciągu. Wyciąg jest nieczynny, ale wokół siedzą ludzie odpoczywający przed dalszym podejściem albo po prostu patrzący na widoki.

Obok rozciąga się Polana Kamienica. Przy polanie stoi znak informujący, że do schroniska na Szyndzielni zostało już tylko kilka minut. To jeden z tych momentów, kiedy człowiek czuje, że cel jest już blisko i nogi nagle zaczynają mniej boleć.

Dalej droga zmienia się wyraźnie. Szeroki szuter przechodzi w starą, kamienistą trasę ułożoną z dużych, nierównych kamieni. Trzeba bardziej patrzeć pod nogi, bo łatwo źle stanąć albo skręcić kostkę. Szczególnie przy zmęczeniu po wcześniejszym podejściu.

Mimo tego idzie się przyjemnie. Wokół pojawiają się stare, poskręcane drzewa z korzeniami wychodzącymi nad ziemię.

Schronisko

W końcu docieramy na Szyndzielnię, ale tutaj pogoda zmienia się już całkowicie. Słońce znika, nad górami wiszą ciężkie, ciemne chmury, a wiatr robi się mocniejszy. Wygląda dokładnie tak, jakby za chwilę miało zacząć lać.

Pierwsze kroki kierujemy do schroniska. Chwila odpoczynku, łazienka. Bardzo lubimy to miejsce. Schronisko na Szyndzielni ma niesamowity klimat. Zostało zbudowane w 1897 roku i jest uznawane za najstarsze schronisko w Beskidach. Kamienne ściany, charakterystyczny dach i położenie tuż przy zboczu sprawiają, że ma się ochotę spędzić tutaj trochę czasu.

Przed budynkiem znajduje się kilka leżaków. Nawet przy takiej pogodzie ludzie siedzą i patrzą na okoliczne, zalesione szczyty, choć chyba każdy zerka też ukradkiem w niebo i zastanawia się, kiedy zacznie padać.

Widoki są piękne, ale bardzo surowe. Chmury rzucają cienie na lasy i doliny, momentami robi się prawie granatowo. W oddali widać kolejne beskidzkie pasma i zabudowania na dole, ale wszystko wygląda bardziej dramatycznie niż pocztówkowo.

Kawałek dalej za schroniskiem znajduje się miejsce na ognisko. Atmosfera jest dziwnie spokojna, ale też trochę niepewna. Jakby wszyscy analizowali prognozę pogody w głowie i zastanawiali się, czy ruszać dalej.

My też długo się wahamy. Początkowo chcieliśmy iść jeszcze na nasz ulubiony Klimczok, ale ciemne chmury skutecznie odbierają nam odwagę do dalszej trasy. Burza albo ulewa w takich warunkach nie brzmią dobrze. Po krótkim odpoczynku decydujemy się wracać. Trochę szkoda, ale góry nigdzie nie uciekają. Klimczok jeszcze poczeka.

Powrót

Nie ryzykujemy dalszej trasy i ruszamy w stronę kolejki linowej, póki wiemy, że warunki pogodowe nie blokują jej funkcjonowania. Przy górnej stacji kolejki czeka kilku turystów. Atmosfera jest dziwnie spokojna, ale jakby też napięta. Brakuje śmiechów, zrelaksowanych twarzy.

Obok stoi nowoczesna wieża widokowa z metalowej kratownicy. Maciej postanawia jeszcze na nią wejść. Już z dołu wygląda dość wysoko i surowo, a przy takim niebie całość robi jeszcze bardziej ponure wrażenie. Jeśli ktoś ma lęk wysokości, raczej nie będzie to najbardziej komfortowe miejsce.

Na górze widoków prawie nie ma. Chmury zasłaniają sporą część panoramy, światło robi się ciężkie i ciemne, w oddali widać ścianę deszczu przesuwającą się nad beskidzkimi wzgórzami.

Po chwili wracamy do stacji kolejki gondolowej. Trafiamy idealnie przed kolejnym odjazdem. Bilety kupujemy w automacie i chwilę później siedzimy już w gondoli. Dziesięć minut później jesteśmy na dole. Widok z wagonika jeszcze bardziej pokazuje, jak szybko pogoda się zmienia.

Nad miastem nadal widać jasne fragmenty nieba, ale góry za nami wyglądają już bardzo burzowo. Na dole przy budynku kolejki znajdujemy zadaszone źródełko. Kawałek dalej stary wagonik kolejki liniowej.

Wracamy kawałek przez miasto w stronę parkingu. I dokładnie wtedy, kiedy dochodzimy do auta, zaczyna mocno padać. Jadąc autem do Szczyrku obserwujemy ulewę przez okna.

Klimczok z Szyndzielni

Dalszą część trasy udało nam się zrobić innego dnia, opisaliśmy to tutaj.


Nasza perspektywa

Co cieszy

  • świeża, intensywna zieleń beskidzkich lasów
  • widoki na doliny i kolejne pasma górskie
  • klimat starego schroniska na Szyndzielni
  • kolejka gondolowa i widoki z wagonika
  • przyjemny śpiew ptaków

Co męczy

  • monotonna trasa
  • duszna, parna pogoda przed ulewą i klimat spodziewanej burzy
  • owady

Spacer czy wyzwanie?

Początkowo ta trasa miała być dla nas raczej spokojnym spacerem niż większym wyzwaniem. Szyndzielnia często kojarzy się z łatwiejszym beskidzkim kierunkiem, szczególnie jeśli część osób wybiera wjazd kolejką. My jednak zdecydowaliśmy się wejść pieszo i momentami naprawdę czuliśmy to podejście.

Duszna pogoda, coraz ciemniejsze chmury i świadomość, że gdzieś obok mogą rozwijać się burze, odbierały trochę lekkości całej wycieczce.

Z drugiej strony sama trasa była bardzo przyjemna, a samo schronisko na Szyndzielni, ma świetny klimat. Nie był to najtrudniejszy trekking w naszym życiu, ale zdecydowanie bardziej męczący niż „lekki spacerek”, którego się spodziewaliśmy.

Czy chcielibyśmy wrócić?

Zdecydowanie tak. Bardzo lubimy okolice Szyndzielni i Klimczoka, nawet jeśli tym razem pogoda trochę pokrzyżowała nam plany. To miejsce ma świetny balans między łatwo dostępną trasą a górskim klimatem. Stare schronisko, widoki, lasy i zmieniające się beskidzkie niebo sprawiają, że chce się tam wracać.


Parking

  • Parking pod Szyndzielnią – bardzo duży parking. Płatny. Wjeżdżając pobieramy bilet, a płatności dokonujemy przy wjeździe (można płacić kartą).

Mapa

szczegóły mapy

Trasa: Parking – Z parkingu kierujemy się w prawo na szlaki czerwony – Całą podróż na szczyt będziemy odbywać trzymając się oznaczeń szlaku czerwonego. Trasa przecina się w kilku miejscach z innymi szlakami (zielonym i żółtym), którymi można przejść “na skróty” jednak te trasy są bardziej strome i wymagają lepszej kondycji – Schronisko na Szyndzielni – Można wrócić tą samą trasą, lub zjechać kolejką liniową (10 minut od schroniska, częściowo tą samą drogą którą przyszliśmy).


Cywilizacja

  • Parking – w okolicy parkingu znajdują się punkty gastronomiczne jednak nam nigdy nie udało się ich zastać działającymi (zazwyczaj wiosną lub początkiem lata).
  • Przełęcz Dębowiec – dostępna jest restauracja.
  • Trasa – dostępne są ławeczki.
  • Szczyt – znajduje się tu schronisko a w nim restauracja i toalety.

Linki


Podobne miejsca

Dodaj komentarz