Miały być błota i mokradła, były krowy i konie
Wspomnienia z trasy
Jest środek sierpnia, ciepły i słoneczny dzień. Po pracy mamy jeszcze ochotę gdzieś wyskoczyć, ale nie na długą ani wymagającą trasę. Wybieramy więc Łęczyńskie Błota, które od jakiegoś czasu mieliśmy zapisane na naszej mapie miejsc do odwiedzenia. Około dwóch kilometrów spaceru i drewniana kładka prowadząca przez podmokłe tereny brzmią jak całkiem dobry plan na spokojne popołudnie.

Z drogi schodzimy w dół niewielkim, zacienionym wąwozem. Początek jest bardzo przyjemny, nad głowami mamy drzewa, jest trochę chłodniej, a gdzieś w oddali dostrzegamy pierwsze krowy.

Po chwili dochodzimy do drewnianej bramy i początku kładki. Przechodzimy przez nią i wychodzimy na otwartą przestrzeń. Po lewej za ogrodzeniem pasą się krowy, po prawej konie, a przed nami ciągnie się długa drewniana kładka pomiędzy pastwiskami.

Słońce zaczyna konkretnie grzać i szybko okazuje się, że cienia będzie tutaj zdecydowanie mniej, niż sugerował przyjemny początek trasy.

Idziemy dalej w rytmie charakterystycznego stukania butów o drewniane deski. Kładka ciągnie się przed nami niemal prosto, a krajobraz zmienia się bardzo powoli. Pastwiska, niska roślinność, pojedyncze drzewa i zwierzęta.

Po drodze ustawiono ławki, na których można zrobić przerwę. Przy tej pogodzie zdecydowanie przydałoby się jednak trochę więcej cienia niż miejsc do siedzenia.
Kładka pomiędzy pastwiskami
W pewnym momencie dochodzimy do niewielkiej wiaty, przy której kładka skręca w prawo. Zmienia się również położenie barierki, teraz biegnie po lewej stronie.

Kawałek dalej znajdujemy kolejne ławki. Krajobraz po lewej robi się bardziej otwarty, miejscami niemal zupełnie pozbawiony wyższej roślinności. Po prawej ponownie widzimy krowy.

Właściwie zaczynamy mieć wrażenie, że trafiliśmy nie tyle na ścieżkę po mokradłach, co na wyjątkowo długą reklamę szkockich krów. Zwierzęta są zdecydowanie najciekawszym elementem krajobrazu i co jakiś czas skutecznie odciągają naszą uwagę od monotonnej kładki.

Dopiero przy fragmentach porośniętych drzewami pojawia się trochę cienia. Różnica jest ogromna i na chwilę zatrzymujemy się w chłodniejszym miejscu. Wokół rosną też niskie krzewy z ciemnymi owocami, przypominające czarny bez. Potem wracamy na otwartą przestrzeń i znowu idziemy w słońcu.

A gdzie te błota?
Najbardziej zaskakuje nas to, czego tutaj właściwie nie ma. Błota. Spodziewaliśmy się podmokłego terenu, mokradeł albo przynajmniej fragmentów stojącej wody. Tymczasem podczas naszej wizyty teren był bardzo suchy. Możliwe, że to efekt letniej suszy i w bardziej wilgotnej części roku miejsce wygląda zupełnie inaczej.

Brakuje nam też tablic edukacyjnych. Przy tak charakterystycznym miejscu chętnie poczytalibyśmy o tutejszych siedliskach, roślinach, zwierzętach albo o tym, dlaczego właściwie powstała tak długa kładka. Na trasie nie znajdujemy jednak żadnych informacji.

Przez to spacer jest trochę monotonny. Idziemy, patrzymy na pastwiska, stukamy butami o kolejne deski i wypatrujemy krów.
Koniec kładki
Po około 1,5 kilometra docieramy do końca drewnianej części trasy i wychodzimy pomiędzy pola. Nie jest zbyt wygodne zejście z wysokiej kładki na nierówne pole, nawet pomimo, że teoretycznie jest „mini zjazd”. Niestety miejsce nie jest dostosowane do niepełnosprawnych osób. Tutaj krajobraz staje się już zdecydowanie bardziej rolniczy, w oddali pracują traktory, a zamiast mokradeł mamy pola i otwartą przestrzeń.

Sama kładka miejscami pokazuje już swoją jakość, pomimo, że ma dopiero kilka miesięcy. Niektóre deski lekko się ruszają, a drewno na poręczach zaczyna się łuszczyć. Nie przeszkadza to mocno w przejściu, ale przydałoby się jej trochę uwagi.

Patrzymy jeszcze raz na pastwiska i dochodzimy do wniosku, że te Łęczyńskie Błota zapamiętamy przede wszystkim jako Łęczyńskie Krowy.

Nasza perspektywa
Co cieszy
- długa drewniana kładka,
- krowy i konie pasące się tuż obok trasy,
- spokojna, otwarta przestrzeń,
- ławki i wiata po drodze,
- krótki i bardzo łatwy spacer,
- brak tłumów.
Co męczy
- bardzo duże nasłonecznienie i niewiele cienia,
- monotonny krajobraz na sporej części trasy,
- brak tablic edukacyjnych,
- podczas naszej wizyty praktycznie brak mokradeł, których spodziewaliśmy się po nazwie,
- niektóre elementy kładki wymagają już odświeżenia.
Spacer czy wyzwanie?
Zdecydowanie spacer. Trasa ma około dwóch kilometrów i praktycznie cały czas prowadzi po płaskiej drewnianej kładce. Nie ma tutaj podejść ani trudniejszego terenu.
W gorący dzień wyzwaniem może być za to słońce. Większość trasy prowadzi przez całkowicie otwartą przestrzeń, dlatego latem warto wybrać wcześniejszą porę dnia.
Czy chcielibyśmy wrócić?
Raczej tak, ale o zupełnie innej porze roku. Latem Łęczyńskie Błota trochę nas rozczarowały. Kładka jest ciekawym pomysłem, ale bez wody i mokradeł spacer sprowadza się głównie do przejścia pomiędzy pastwiskami. Brakowało nam też tablic, które pozwoliłyby lepiej poznać to miejsce.
Chętnie zobaczylibyśmy jednak, jak wygląda po bardziej deszczowym okresie albo wiosną, kiedy teren powinien być bardziej podmokły i pełen życia. Być może wtedy nazwa Łęczyńskie Błota nabiera zdecydowanie więcej sensu.
Na razie zapamiętujemy je jako dwa kilometry drewnianej kładki, mnóstwo słońca i całkiem udaną sesję zdjęciową szkockich krów.
Parking
- Parkowanie na poboczu drogi – samochód można zostawić na poboczu drogi. Niestety droga potrafi być dosyć wąska w niektórych miejscach. My odjechaliśmy kawałek w stronę pół.
- Parking płatny – duży parking.
Mapa

Trasa: Parking – Schodzimy wąwozem w dół – Na końcu wąwozu skręcamy w prawo – Wchodzimy na kładkę – Mijamy wiatkę i skręcamy w prawo – Koniec kładki – Wracamy do parkingu tą samą trasą.
Cywilizacja
- Parking – lodziarnia (czynna w weekendy)
- Kładka – co kilkaset metrów ustawione są ławeczki, a w połowie kładki jest wiata turystyczna.



















Dodaj komentarz