Muzeum Pienińskie w Szlachtowej


historia Pienin, Szczawnicy i ludzi, którzy tworzyli ten region




Wspomnienia z trasy

Po kilku dniach spędzonych głównie na pienińskich szlakach przyszedł czas na trochę historii. Tym razem zamiast kolejnego podejścia i punktu widokowego wybraliśmy Muzeum Pienińskie im. Józefa Szalaya w Szlachtowej. I był to całkiem dobry sposób, żeby spojrzeć na Pieniny z zupełnie innej strony.

To muzeum nie opowiada wyłącznie o górach. Jest tu codzienne życie mieszkańców, dawne zawody, pasterstwo, początki turystyki i uzdrowiska w Szczawnicy, fotografia, lokalna społeczność żydowska, wojna, partyzanci, a także ikony. Sporo tematów jak na stosunkowo niewielką przestrzeń.

Druciarstwo

Zwiedzanie zaczęliśmy od części poświęconej dawnym mieszkańcom Pienin i ich codziennemu życiu. Są stroje, sprzęty, fotografie i przedmioty związane z zajęciami, które kiedyś były tutaj czymś zupełnie zwyczajnym.

Jednym z ciekawszych tematów okazało się druciarstwo. Rusini z Białej Wody zajmowali się naprawianiem popękanych glinianych garnków, kubków, mis i dzbanków za pomocą drutu. Początkowo druciarz nosił swój warsztat na plecach, w worku znajdowały się między innymi kleszcze, drut i rożek z lepiszczem. Później, wraz z pojawieniem się naczyń blaszanych, potrzebnych było więcej narzędzi, więc worek zastąpiła skrzynka zwana paką.

Co ciekawe, był to zawód wędrowny. Druciarze ruszali w dalekie trasy po ziemiach Rzeczypospolitej, docierając m.in. do Lublina, Krakowa, Warszawy, Poznania czy Lwowa. A ich charakterystyczne wołanie „garnki drutaty, łataty!” oznaczało, że do miejscowości właśnie przybył ktoś, kto potrafił uratować uszkodzone naczynia.

Tuż obok można poznać kolejne elementy dawnego życia – pasterstwo, wypas owiec, bacówki i wędrówki pasterzy. Muzeum pokazuje też dawne sprzęty, rzemiosło oraz przedmioty, które dziś wyglądają niepozornie, a kiedyś były częścią zwykłej codzienności.

Szczawnica, zanim stała się kurortem

Duża część wystawy poświęcona jest Szczawnicy. I chyba właśnie tutaj najlepiej widać, jak bardzo zmieniła się ta miejscowość. Wody szczawnickie znane były od dawna, sama nazwa Szczawnicy pochodzi od szczaw, czyli kwaśnych wód mineralnych. Pierwszy oficjalny dokument dotyczący tutejszych zdrojów pochodzi z 1811 roku, natomiast w 1820 roku Jan Kutschera zaczął tworzyć podstawy przyszłego uzdrowiska.

Ogromną rolę w jego rozwoju odegrała później rodzina Szalayów, a szczególnie Józef Szalay. Powstawały domy zdrojowe, pijalnie, wille, pensjonaty i kaplica. Z czasem niewielka miejscowość coraz wyraźniej zmieniała się w popularne uzdrowisko.

Ciekawie wyglądała sama kuracja w pierwszej połowie XIX wieku. Liczba przyjeżdżających rosła szybciej niż liczba miejsc noclegowych, dlatego kuracjusze mieszkali także w góralskich chałupach. Przyjeżdżali często ze służbą, pościelą, zastawą i innymi przedmiotami codziennego użytku. Kuracje trwały nawet kilka miesięcy.

Wody używano nie tylko do picia. Kąpiele odbywały się początkowo w drewnianych wannach, do których gospodarz przynosił wodę w beczce, podgrzewał ją i dopiero wtedy przygotowywał kąpiel dla gościa. Trochę inny obraz XIX-wiecznego SPA niż ten, który zwykle podpowiada wyobraźnia.

Ojciec polskiego wodolecznictwa

Na wystawie pojawia się również Józef Dietl, lekarz, profesor i rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz prezydent Krakowa.

Dietl zajmował się balneologią, czyli badaniem właściwości leczniczych wód podziemnych i borowin oraz ich zastosowania w leczeniu. Był też pierwszym uczonym, który sklasyfikował galicyjskie wody lecznicze i propagował polskie uzdrowiska.

Do Szczawnicy przyjechał w 1857 roku. Oceniał nie tylko właściwości wód, ale również warunki, w jakich przyjmowano kuracjuszy. Zalecał m.in. budowę nowych łazienek, odpowiednie wyposażenie pokoi i kontrolowanie przebiegu kuracji przez lekarza zdrojowego.

Dzisiaj część tych zaleceń brzmi zupełnie oczywiście. W połowie XIX wieku była to jednak zupełnie inna rzeczywistość.

Pierwszy fotograf Pienin

Ta część szczególnie przyciągnęła naszą uwagę. W muzeum można zobaczyć rekonstrukcję dawnego atelier z dużym aparatem, drewnianymi meblami i fotograficznym tłem.

Awit Szubert (1837–1919) był jednym z cenionych polskich fotografów XIX wieku i pionierem fotografowania Pienin, Szczawnicy oraz Tatr. Do Szczawnicy po raz pierwszy przyjechał w 1865 roku i właśnie wtedy wykonał swoje pierwsze fotografie górskie Pienin.

Sam zakład Szuberta był znacznie bardziej rozbudowany, niż można byłoby się spodziewać. Obejmował pracownię, ciemnię, skład, poczekalnię i retuszownię. W atelier znajdowało się nawet sześciometrowe tło z widokiem na Pieniny, Trzy Korony, Sokolicę, Dunajec oraz zamki w Czorsztynie i Niedzicy.

Do aranżowania fotografii wykorzystywano również sztuczne skały, siano, trawy, liście paproci, koszyki, dzbanki czy gliniane naczynia. Czyli XIX-wieczna fotografia turystyczna miała swoje „instagramowe tło” na długo przed Instagramem.

Zamieszkaj „Pod Winogronem”

Innym drobnym szczegółem, który bardzo nam się spodobał, są godła szalayowskie. Były to drewniane tablice z malowidłem i nazwą, wieszane nad drzwiami szczawnickich domów, w których wynajmowano pokoje kuracjuszom. Zamiast zwykłego adresu można było więc mieszkać Pod Winogronem, Pod Jeleniem, Pod Zajączkiem czy Pod Capem.

Ich pomysłodawcą i pierwszym malarzem był Józef Szalay. Godła pomagały odnaleźć konkretny dom w gęstej zabudowie, szczególnie że stare szczawnickie rody były bardzo rozrośnięte i samo nazwisko gospodarza często nie wystarczało. To jeden z tych niewielkich elementów wystawy, które świetnie pokazują charakter dawnej Szczawnicy.

Nie tylko uzdrowisko i góralska codzienność

Dalsza część muzeum zdecydowanie zmienia nastrój. Poznajemy historię Żydów mieszkających w Szczawnicy i okolicach. Pierwsi przybyli w region pieniński w XVIII wieku, a później stanowili część lokalnej społeczności, prowadzili sklepy, pensjonaty i zakłady usługowe, pracowali jako lekarze, adwokaci czy rzemieślnicy. Do uzdrowiska przyjeżdżali również żydowscy kuracjusze.

Osobna część ekspozycji opowiada o Zagładzie. W czasie niemieckiej okupacji Żydzi z regionu byli wywożeni do getta w Nowym Targu, kierowani do pracy przymusowej i mordowani. Muzeum przypomina również osoby, które próbowały ich ratować. To niewielki fragment ekspozycji, ale ważny, bo historia miejscowości uzdrowiskowej nie kończy się na eleganckich willach, kuracjuszach i wodach mineralnych.

Granica, wojna i partyzanci

Kolejne sale prowadzą przez XX wiek. Jest historia granicy w Pieninach, umundurowanie, fotografie, pamiątki wojenne oraz informacje o ruchu oporu. Sporo miejsca poświęcono oddziałom Armii Krajowej działającym w Gorcach i na pograniczu Beskidu Sądeckiego.

Szczególnie zapada w pamięć historia oddziału „Wilk”. 21 lutego 1944 roku w rejonie Przełęczy Przysłop doszło do starcia z Niemcami, w którym zginęło pięciu partyzantów. W muzeum znajduje się pierwsza tablica upamiętniająca ich śmierć, umieszczona w 1947 roku na pomniku z inicjatywy żołnierzy Armii Krajowej. Takie oryginalne pamiątki robią na nas zwykle większe wrażenie niż nawet najdłuższy opis na tablicy.

Kostka-Napierski i powstanie na Podhalu

Podczas naszej wizyty mogliśmy zobaczyć również wystawę czasową „Kostka-Napierski. Powstanie na Podhalu”, czynną od 17 czerwca do 30 września 2026 roku.

Spodziewaliśmy się przede wszystkim obrazów, tymczasem sporą część wystawy stanowiły plansze z bardzo szczegółowymi opisami wydarzeń. Obrazów było zaledwie kilka i pełniły raczej rolę uzupełnienia całej historii.

I zdecydowanie nie była to lekka część zwiedzania. Opisy prowadziły przez historię powstania, jego stłumienia, pojmania Kostki-Napierskiego i późniejszych wydarzeń. Szczególnie mocne były fragmenty dotyczące egzekucji. Niektóre szczegóły opisano naprawdę dosadnie, więc czytając kolejne plansze, kilka razy mieliśmy wrażenie, że muzeum nie oszczędza zwiedzających.

To ciekawa wystawa, ale warto wiedzieć, czego się spodziewać. Znacznie więcej tu czytania niż oglądania eksponatów, a część tekstów zdecydowanie nie należy do przyjemnych. Po wcześniejszych opowieściach o dawnym życiu w Pieninach, uzdrowisku czy pierwszym fotografie regionu jest to spora zmiana klimatu.


Nasza perspektywa

Co cieszy

  • bardzo różnorodna tematyka wystawy,
  • sporo oryginalnych eksponatów i dawnych przedmiotów,
  • ciekawa część poświęcona historii Szczawnicy i uzdrowiska,
  • rekonstrukcja dawnego atelier fotograficznego.

Co męczy

  • momentami dość mała czcionka i duże bloki tekstu, natomiast jest dostępny audioprzewodnik w postaci aplikacji mobilnej.
  • wystawa o Kostce-Napierskim również opiera się głównie na planszach, a obrazów jest tylko kilka.

Spacer czy wyzwanie?

Zdecydowanie spokojne zwiedzanie. Nie jest to ogromne muzeum wymagające kilku godzin chodzenia po kolejnych piętrach. Można przejść je bez pośpiechu, zatrzymując się przy tym, co najbardziej nas interesuje. Jeśli jednak planujecie czytać większość tablic, warto zostawić sobie trochę więcej czasu. To także bardzo dobra opcja na deszczowy albo wyjątkowo gorący dzień w Pieninach.

Czy chcielibyśmy wrócić?

Na wystawę stałą zapewne nieprędko, bo udało nam się obejrzeć ją dość dokładnie. Ale na kolejną ciekawą wystawę czasową, czemu nie?

Muzeum Pienińskie dobrze uzupełniło nam pobyt w regionie. Po Sokolicy, Trzech Koronach, zamkach i kolejnych pienińskich widokach mogliśmy poznać ludzi, którzy przez lata tutaj mieszkali, pracowali, wypasali owce, przyjmowali kuracjuszy, fotografowali góry i tworzyli historię tych miejsc. Bo Pieniny to jednak nie tylko góry.


Parking

  • Parking muzeum – duży i bezpłatny parking za budynkiem muzeum. Przystosowany również do postoju autobusów.

Mapa

szczegóły mapy

Trasa: Zwiedzanie zaczynamy od głównego budynku. Przechodzimy kolejno przez kolejne pokoje, żeby zakończyć przy kasie biletowej. Następnie przechodzimy do kolejnego budynku, gdzie znajduje się wystawa czasowa.


Cywilizacja

  • W budynku muzeum znajdują się toalety.

Linki


Podobne miejsca

Dodaj komentarz